Dietetyk w cateringu przedszkolnym nie planuje „ładnego tygodnia”. Planuje bezpieczeństwo: laktoza, gluten, białko mleka, orzechy — często w kombinacjach per dziecko.

Ręczne sprawdzanie każdego dnia działa do pewnej skali. Potem zostaje stres i nadzieja, że nikt nie przestawi wiersza w Excelu.

Dwa słowniki, które muszą się zejść

System potrzebuje słownika diet i alergenów przypisanych do dzieci oraz alergenów na daniach. Dopiero ich skrzyżowanie przy planowaniu ma wartość — nie pełna baza składników z etykiety produktu, tylko to, co dietetyk oznaczył na posiłku.

Jeśli alergeny są „w głowie dietetyka”, a zamówienia w innym pliku, oprogramowanie nic nie pilnuje — tylko ładnie pokazuje menu.

Konflikt ma być widoczny przy daniu — nie dopiero przy reklamacji

Gdy alergen dziecka i alergen dania się pokrywają, komórka jadłospisu pokazuje ostrzeżenie (czerwone). Zapis planu nadal jest możliwy: dietetyk może oznaczyć alergen jako zignorowany, dodać wykluczenie, zamiennik albo komentarz.

To nie jest twarda blokada zapisu. To sygnał, którego nie da się przeoczyć przy planowaniu — i decyzja, której system nie podejmuje za dietetyka.

Etykieta jest ostatnią linią, nie pierwszą

Etykieta nie jest źródłem prawdy o alergenach. Na PDF-ie jest kod placówki i kod dziecka, nazwa posiłku oraz dania, zamienniki, wykluczenia i komentarz — bez imienia i bez nazwy diety. Domyślnie drukują się głównie pojemniki ze zmianami, nie każdy standardowy obiad.

Źródłem bezpieczeństwa jest zgodność jadłospisu z wykluczeniami zanim ktoś drukuje PDF. Dlatego dietetyk i zamówienia muszą być tym samym systemem.

Co z tego wynika

  • Alergeny dzieci i alergeny dań żyją w jednym oprogramowaniu dla cateringu.
  • Konflikt jest widoczny przy planowaniu; zapis planu to nadal decyzja dietetyka.
  • Etykieta pomaga kuchni przy wydaniu zmian — nie zastępuje kontroli alergenów.